PorodNaMiare.pl - Plan Porodu
Nie szablon. Nie korporacja.
Narzędzie zrobione przez rodzica.
W Polsce dostaniesz darmowy szablon urzędowy. Za granicą — konsultację z doulą za kilkaset euro. Wypełniamy lukę pomiędzy: samodzielny, interaktywny produkt oparty na aktualnym standardzie opieki.
Nie jestem lekarzem.
Jestem tatą, który bał się, że czegoś nie dopilnuje.
Nazywam się Michał. We wrześniu na świat przychodzi moja córka Wiktoria. Ta strona powstała, bo szukałem dla niej narzędzia, którego nie było — i w końcu zbudowałem je sam.
To nie jest historia o firmie. To historia o wieczorze, w którym zrozumiałem, że za kilka tygodni znajdę się w miejscu, gdzie od mojego przygotowania będzie zależeć spokój dwóch najważniejszych dla mnie osób.
Jak to się zaczęło
Kiedy Anna powiedziała mi, że jesteśmy w ciąży, zrobiłem to, co robi większość facetów: zacząłem czytać. Chciałem być przygotowany. Chciałem wiedzieć, co się będzie działo i co mogę zrobić, żeby jej pomóc.
Znalazłem setki artykułów o tym, co czuje kobieta. Poradniki o oddychaniu. Listy rzeczy do torby. I prawie nic o tym, co ma robić ten drugi człowiek w sali — poza „być wsparciem" i „trzymać za rękę".
Potem trafiłem na darmowy szablon planu porodu. Urzędowy formularz z pustymi polami. Usiadłem, żeby go wypełnić — i utknąłem po piętnastu minutach. Bo skąd mam wiedzieć, czy chcę „oksytocynę w III okresie"? Skąd mam wiedzieć, o co w ogóle należy zapytać?
To był moment, w którym zrozumiałem: problemem nie jest brak informacji. Problemem jest to, że nikt nie układa jej w decyzje, które rodzic potrafi podjąć.
Zacząłem więc od zera. Przeczytałem Standard Organizacyjny Opieki Okołoporodowej — cały, łącznie z nowelizacją, która weszła w życie w maju 2026. Rozmawiałem z położnymi. Czytałem rekomendacje o opóźnionym odpępnieniu, o kontakcie skóra do skóry, o remifentanylu, o krwi pępowinowej.
I zbudowałem dokument dla siebie i Anny. Jedenaście stron. Przepracowany w pięciu wersjach. Z sekcją o tym, co robić, gdy dziecko trafi na neonatologię. Z zapisem, że jeśli coś pójdzie nie tak — dobro Wiktorii jest ważniejsze niż jakikolwiek punkt naszego planu.
Kiedy skończyłem, pomyślałem o wszystkich innych rodzicach, którzy siedzą teraz nad tym samym pustym formularzem. I o tym, że nie każdy ma trzy miesiące, żeby to rozgryźć od podstaw.